Moja 6 – dniowa głodówka lecznicza

„Najpierw powiedzą, że się nie da, a potem będą pytać jak to zrobiłeś” – 6 dniowa głodówka lecznicza

Na wstępie od razu zaznaczam, że to nie jest post sponsorowany. To są moje osobiste doświadczenia i chęć podzielenia się nimi z Wami. Ale zanim zaczniesz czytać, zrób sobie pyszną herbatkę i usiądź wygodnie, bo nieco się rozpisałam 🙂 Tekst pochodzi z września 2015 r. Przebyłam wtedy pierwszą w swoim życiu 6 – dniową głodówkę.

Początki i rozwój łuszczycy

Tak jak wspominałam w jednym z niedawnych postów, na tygodniową głodówkę-detoks zdecydowałam się z powodu łuszczycy, która niszczyła moje życie – a szczegolnie twarz – coraz bardziej. Wobec braku skuteczności leków, maści, itp, pozostawałam bezradna. Na granicy załamania budziłam się każdego dnia. Bywały poranki kiedy byłam już tak zrezygnowana, że nie wstawałam z łóżka. Początki z chorobą były najtrudniejsze, bo od zawsze przyzwyczajona byłam do gładkiej cery. I wyobraźcie sobie moment w którym patrzysz w lustro i zastanawiasz się czy to jeszcze ty… Masz wrażenie, że nic wokól nie dzieje sie naprawde, ze to tylko sen, bo przeciez nie mozna zmienic sie az tak bardzo. Niestety koszmar pogarszał się z dnia na dzien. Zaczęło się od niewielkiej plamki na powiece, a w dniu wyjazdu miałam już zajęte ok 70% twarzy. Każdego dnia przeżywałam pogłębiający się koszmar. Na początku każde nowe ognisko zapalne oznaczało potok łez, ale w pewnym momencie i łzy się skończyły. Bezradność. Wraz z moją skórą wysychałam także i ja od środka: moja radość życia, mój uśmiech, mój optymizm, moje chęci. Jedyne dni kiedy czułam jakąkolwiek radość to dni spotkań na prezentacjach kolekcji i innych eventach + sesje zdjęciowe na blog. Jak to mówią „No matter how you feel. Get up. Dress up. Show up and never give up”. Okupione co prawdą warstwą makijażu niczym gładź szpachlowa (co nie jest w moim stylu!) ale przynajmniej to co miało być zakryte pozostawało zakryte. Napełniałam się pozytywną energią, starałam się zmagazynować jej jak najwięcej, bo wiedziałam że przyjdzie kolejny poranek kiedy nie będę miała chęci nawet do życia. Potem przyszedł etap akceptacji. Wiedziałam, że przecież muszę normalnie funkcjonować. Przestałam zakrywać wstyd makijażem a ludzie odkryli swoje „cudowne” oblicze. Ale jak to już Pratchett napisał: „Zawsze pamiętaj, że tłum, który oklaskuje twoją koronację, jest tym samym tłumem, który będzie oklaskiwał twoją egzekucję”. O tym jak wstrętni są ludzie, którzy widzą na ulicy kogoś kto wygląda choć trochę inaczej niż wszyscy, już pisałam. Ciemnogród nie ludzie!!! szkoda słów…

Przygotowania do głodówki

Na detoks wyjechałam zmęczona psychicznie i bezradna, ale pełna nadziei. Wiedziałam, że nie jestem w stanie pomóc sobie w żaden inny sposób.
Do tygodniowej głodówki organizm trzeba odpowiednio przygotować. Więc sam proces oczyszczania rozpoczyna się już tydzień przed wyjazdem. Odstawiasz nabiał, mięso, cukier, sól, pieczywo, kasze, właściwie wszystko. Spożywasz warzywa (bez przypraw) i owoce + soki warzywne i herbaty ziołowe. Nie smażysz niczego. Dajesz przez to organizmowi odpocząć od trawienia ciężkostrawnych posiłków, rozluźniasz narządy wewnętrzne i kurczy się żołądek. Tydzień przygotowań jest bardzo ważny. Im lepsze przygotowanie tym lepsze oczyszczenie. Dla mnie pierwsze dwa dni na diecie owocowo warzywnej były takim szokiem dla organizmu, ze nie radziłam sobie z bólem głowy. Nagle odstawienie kawy i wszystkiego? chodziłam po ścianach, ciągle głodna bo nic mi nie smakowało. próbowałam jeść ale kończyło się to na miniaturowych porcjach. Jadłospis z pierwszego dnia wyglądał tak: 1 banan, 1 śliwka,garść świeżego szpinaku, ząbek czosnku, pół pomidora, jabłko, mały chłodnik z truskawek melona i arbuza, parę gotowanych różyczek kalafiora, duuużo wody. Mój organizm błagał o glukozę, o kawę. Buntował się. Po dwóch dniach wszystko zaczęło się uspokajać a i ja zaczęłam szukać sposobów na to by przetrwać ten tydzień. ratowałam się koktajlami warzywnymi, ale wiem ze dziennej normy kalorii nie byłam w stanie wyrobić. Domknęłam wszystkie sprawy prywatne + związane z blogiem, ustawiłam autoresponder i wylogowałam się z życia na tydzień. To nie takie łatwe dla osoby która poniekąd żyje w sieci.
(Jest 3:45 mam wenę więc piszę dla Was a za oknem obserwuje Superksiężyc na żywo.)

6 dni wyrzeczeń, czyli po prostu GŁÓD

W Szczyrku byłam na terapii zorganizowanej, tzn nie ma tam grupy szalenców (choć właściwie trzeba być szalonym by to robić :-)) którzy nieodpowiedzialnie niszczą swoje zdrowie. Opieka 24h/dobę, świetne warunki, zakwaterowanie w 4* hotelu. A przede wszystkim opieka doświadczonej i mądrej osoby. Każdy dzień praktycznie wygladal(by) tak samo, bo rozkład dnia był niezmienny. Zmienny byl tylko mój stan. Dzień zaczynasz od lewatywy (2 litrowej!), szczotkowanie całego ciała (ok 30% toksyn wydobywa się przez skórę), prysznic, potem spotkanie z innymi uczestnikami (było ok 12 osób) gimnastyka, spacer, medytacje, sauna, wieczorna lewatywa. Od drugiego dnia zaczyna się czyszczenie wątroby, żeby ja oczyścić należy wypić wieczorem szklankę oliwy z oliwek wymieszana z sokiem z cytryny. I tak przez 3 wieczory z rzędu, aby oczyściły się 3 płaty wątroby. Moje dni wyglądały rożnie. Od wtorku zaległam w łóżku i nie wychodziłam z pokoju aż do popołudnia kazdego dnia. Było ciężko. Detoks to tak naprawdę samotna walka w pokoju i w łazience (:-)), ale podbudowana świadomością ze za ścianą jest ktoś kto przezywa to samo. Ranki były okropne bo nie miałam siły nawet mówić, a co wspomnieć o przygotowaniu i zrobieniu lewatywy.. Jeśli kiedykolwiek wyobrażałam sobie koniec życia to wyglądał właśnie tak. Miałam jeden moment zwątpienia podczas całej kuracji i nadszedł drugiego dnia w nocy. W trzy godziny po spożyciu „drinku” oczyszczającego wątrobę, zwymiotowałam tak okropną starą żółcią zalegającą w woreczku żółciowym, ze miałam wrażenie jakby to był kwas który wypalił mi przełyk i gardło. Nigdy czegoś takiego nie przeżyłam, bo tego do zwykłych wymiotów porównać nie można. To wszystko trwało chwile, ale dla mnie wydawało się wiecznością. Powtarzałam sobie, ze jutro kończę detoks, ze więcej nie wypiję tego świństwa, ze po co tak umęczam swoje ciało, po co mi to było, co ja tu robię, ze nie wytrwam, ze już mam dość. Rano obudziła się we mnie waleczna baba i stwierdziłam ze się nie poddam. Byłam słaba, były momenty kiedy leżałam na podłodze w łazience trzęsłam się z zimna i marzyłam by ktoś pomógł mi wstać albo chociaż przykrył czymkolwiek. Były momenty gdy trzęsłam się z zimna leząc pod dwoma grubymi kołdrami i nie miałam najmniejszych sil by wstać i przygotować termofor. Dlatego właśnie napisałam, ze większość walki prowadzisz sam ze sobą w 4 ścianach…
Ale świadomość bycia w grupie ludzi którzy przeżywają to samo, którzy cię rozumieją, dodaje sil. Mnie dodał sił jeszcze jeden fakt. Uwaga tu Was zaszokuję. Kiedy obudziłam się w środę rano moja twarz wyglądała jasno i promiennie, po łuszczycy nie było ani śladu. Nie mogłam w to uwierzyć. Wtedy zrozumiałam, jak my ciągle mało wiemy o ludzkim organizmie. 3 pełne dni głodówki, 3 pełne dni bez negatywnych emocji ze świata zewnętrznego wystarczyły bym zobaczyła w lusterku gładką, śliczną, jasną twarz. Po stanach zapalnych nie było ani śladu. To mnie trzymało przy życiu do końca głodówki. Stwierdziłam, że zapłacę każdą cenę byle tylko utrzymać ten stan. Wielu ludzi pytało mnie, jak poradziłam sobie z uczuciem głodu. Tak naprawdę fizyczny głód odczuwałam przez ok 2 dni, później był głód w głowie. Myśli o jedzeniu towarzyszyły mi przez cały pobyt, planowałam jak będzie wyglądała rzeczywistość „po”. Planowałam góry schabowych, najróżniejsze sałatki, ciasta…. a kiedy wróciłam okazało się ze wcale nie miałam na nie ochoty. Minęły 2 tyg od detoksu a u mnie na talerzu wymarzony schabowy nie zagościł…

Zakończenie głodówki jest trudniejsze niż sama głodówka

Wyjście z detoksu wcale tez nie jest łatwe. Organizm po tygodniu niejedzenia nie jest przygotowany by spożywać wszystko od razu. Zaczynasz od gotowanych lekkostrawnych warzyw, po paru dniach dołączasz kasze, po tygodniu mięso. Nie używasz przypraw, szczególnie soli, nie smażysz. Posiłki mają wyglądać tak, jak dla małego dziecka. Jest ciężko, bo wracasz do rzeczywistości a tym samym do dostępności jedzenia na wyciągnięcie ręki. Samodyscyplina wskazana w najwyższym stopniu…
Po powrocie do warszawy byłam dość osłabiona i przy 41 kg odczuwałam zimno tak niesamowite, ze wyciągnęłam zimowa kurtkę. Teraz już nadrabiam i myślę ze szybko wrócę do 45 kg które mój organizm lubi.


Jak to jest po głodówce? co się zmienia?

W głowie świeżo, mam mnóstwo energii i więcej dostrzegam. Wyostrzył mi się smak i węch. Chemiczne jedzenie czuję na odległość. Nie chodzę ospała, ociężała, ciągle chce mi się tańczyć. W ogóle mi się po prostu CHCE. Żyć. Eksperymentować. Sprawdzać. Myśleć. Testować. Doświadczać. Uśmiechać się. Szukać. Pracować. Wymyślać. Kreować. Rozmawiać. Czytać. Obserwować. Czuję się jak chomik, którego wyciągnięto z kółka, w którym kręcił się bezmyślnie. Jeśli tylko finanse mi pozwolą, chcę jeździć na taki detoks dwa razy w ciągu roku. Inwestycja w zdrowie jest lepsza niż kolejna para butów… <3 Detox Szambala - wszystkie informacje znajdziecie bez problemu w sieci

2 Odpowiedzi
  • Patrycja Fashion
    Październik 7, 2016

    pamiatam jak wyjechałaś, zastanwiałam się kurde jak to możliwe myślałam, że tylko ludzie po 60tce robią taki erzeczy ale wiesz co to co zrobiłam i napisałaś teraz jest wspaniałe! sama od dawna zastanawiam się nad wprowadzeniem głodówki raz na miesiąc ale tydzień hmm bardzo ciekawe

    • Lady Petite
      Październik 16, 2016

      Młodzi ludzie zbyt mało myślą o swoim zdrowiu, a potem kiedy im się przypomina często jest za późno. Ja uważam, że o zdrowie trzeba dbać od samego początku, dlatego zdecydowałam się na kolejną głodówkę oczyszczającą. To nie jest łatwa sprawa, ale efekty warte są każdej ceny 🙂

Co myślisz?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Close